Strona:Leo Belmont - Pani Dubarry.djvu/73

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nieszczęsne dziecko! — wykrzyknęła matrona, gdy znalazły się same. Coś ty powiedziała?!
— To nie ja! — odparło dziewczę.
— Jakto, nie ty?! — zdziwiła się czcigodna dama.
— Ja nic nie mówiłam. Tylko głos przezemnie przemówił. Przysięgam pani!
— Dziewczyno! nie gadaj głupstw. Żadne głosy nie przemawiają przez człowieka, On sam jest winien.
— Jakto żadne?!.. A pani sama opowiadała o głosach które przemawiały przez Joannę d’Arc. Czy ja jestem winna, że też nazywam się Joanna? To i do mnie głos się przyczepił.
— W takim razie to był głos złego ducha!
— Jakto?!... powiedział: „Jezu!“
Przeorysza była oszołomiona. Poturbowała swój kaptur, aż jej spadł na szyję.
— Możesz iść! — zadecydowała.
Kary nie było.
Efekt był nadzwyczajny. Nie tylko Marjanka Reville rzuciła się jej na szyję i oznajmiła, że obiera ją za dozgonną przyjaciółkę, ustępując poprzednią dozgonną przyjaciółkę Adelę samotnej Józefinie, nie tylko Adela uznała ten wyrok i Józefina czuła się uszczęśliwioną, lecz odtąd wszystkie koleżanki patrzyły na Joasię, z uwielbieniem, jako na coś wyższego, na bóstwo, lub świętą, która ujarzmiła smoka. Pękły lody nieufności względem nowicjuszki, która okrzykiem swoim wyraziła uczucia całej zbiorowości. Przy-