Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Sprawiedliwy nagrobek.

Tu spoczywa ta, co wyszła z gnoju,
Aby szlakiem hańby pójść pod górę,
Cześć dzierżawcy sprzedawała bez znoju,
A właścicielowi — córę!...

Pani de Pompadour doznała bolesnego ukłucia w serce... Czy to Paryż — kryjący się w mroku trwogi, ale mściwy bezimienną satyrą, wydawał jej to świadectwo, bijąc poprzez cień matki ją samą, jako rzecz sprzedażną?... Czy ten zjadliwy wiersz tajemniczego Paryża wyprzedza opinję całej Francji — sąd historji?!...
Otóż nie! — nie podda się!... Zapamięta te słowa testamentu matki. Będzie nieubłaganą względem tych, co staną tamą na jej drodze. Ale pójdzie nią do sławy Króla — Francji — swego imienia. Tak pomyślała tak marzyła ambitnie — i wydało się jej, że biała ręka, która leżała na jej kolanie, na którą patrzyła z upodobaniem, jej ręka potrafi z gracją Amora wydrzeć Królowi zbyt ciężkie dla niego berło, aby je udźwignąć i poniesie poza szlaki miłości — na wielki gościniec historji — gdzie nie jest się tylko igraszką i rzeczą, lecz osobą i drogowskazem Życia!