Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Rozdział XII.
Ciernie śród róż.

Markiza de Pompadour wstąpiła na kwietny dywan ogrodów Wersalu, ale pod różami kryły się gęste ciernie. Stara arystokracja na dworze zawrzała gniewem przeciw „mezaljansowi miłości królewskiej“, który unieważniał przywileje krwi błękitnej do otoczonego glorją konkubinatu i „gryzetkę z brudnego gniazda“ podnosił do markizatu, stawiając ją publicznie obok Króla. To było ze strony Króla... zbrodnią stanu, którą w ślad za dworem, zda się, wyczuwał cały naród. To przekroczenie granicy praw królewskich przerażało ludzi starego porządku, jako nową zdobycz „trzeciego sianu“, bezwstydnie rosnącego w siłę i bogactwa.
Niebawem na dworze powstał komplot plotkarstwa, spisek szpiegowski: śledził przez wysilający wzrok damy i usłużnych względem nich kawalerów lada uchybienie parweniuszki przeciw etykiecie, wyśmiewał odcienie jej głosu, analizował podejrzliwe maniery, oraz pozostałości mieszczańskie w jej mowie. O najmniejszem roztargnieniu, przeczącem przepisom etykiety, mówiono szyderczo, jako o błędach okrutnych, zdradzających naturalny „brak rasowości“ i starano się, aby te sądy krytyczne dochodziły do uszu Króla. Ludwik XV. był chwilowo zakłopotany — zdawało się, że faworyta nie utrzyma się przy dworze — aż