Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


w swojej roli — sucho wyrecytowawszy do przedstawionej przepisane słowa na temat jej toalety.
W październiku markiza de Pompadour objęła w posiadanie apartamenty pani Châteauroux w Fontenebleau, gdzie niemal zamknęła się w pierwszych czasach, wyjeżdżając tylko zrzadka dla krótkich wizyt u Królowej, częściej wyczekując długich wizyt króla, którego przyciągała tu nie tylko powabami swojej osoby, ale i arcydziełami kucharskiego kunsztu, reprezentowanego przez mistrzów tego fachu.
W grudniu tego roku spotkał ją cios: umarła w roku życia jej matka, która potrafiła przysposobić ją na „kąsek królewski“ i dawać rady, godne Macchiavela w spódnicy. W ostatniej godzinie ta oryginalna dama, jakoby powstrzymująca się z wydaniem ostatniego tchu aż do zjawienia się u jej łoża córki, po którą wysłano sztafetę — uniosła się z posłania, przemógłszy już opadające ciało, zesztywnienie śmierci i dźwięcznym głosem wyrzekła: „Żanetto, umieram szczęśliwa, bo widzę ciebie na wyżynie. Utrzymaj się na niej — uczep się — nie poddaj...“
Tu nastąpiło rzężenie — opadła na poduszki — oczy stanęły w słup. Ale twarz zmarłej jeszcze promieniała. Na trzeci dzień po pogrzebie, powracając od grobu matki, markiza de Pompadour wspomniała jej błogosławieństwo i uśmiechnęła się sama do siebie. U wrót cmentarnych ktoś wspiął się za jej powozem i rzucił na puste siedzenie obok niej kartkę — poczem znikł w bocznej uliczce.
Markiza podniosła kartkę, na której w widocznym pośpiechu ktoś niewiadomy nabazgrał ołówkiem te słowa: