Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/72

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dojść jego uszu, że pani d’Etioles, obojętna dla męża i powolna wobec króla, w istocie rzeczy zaangażowała serce swoje w namiętnej miłości dla pana de Bridge, który miał sławę „najpiękniejszego mężczyzny na dworze“. Dzielić się z nim?! — Ludwik XV. odrzucił tę myśl.
Przez dwa tygodnie pani d’Etioles wyczekiwała próżno ponownego zaproszenia od króla i z ukrytą trwogą — jakby los smagał ją biczem ironji — wysłuchiwała machiawelicznych wskazówek swojej matki o sposobach opanowania serca królewskiego i przemożenia oporu przesądów dworskich. Stara dama na dyskretnie zakomunikowaną jej listownie wieść o wzejściu słońca niepoczesnej sławy córki — mimo całego arsenału dręczących ją chorób, w których nadużycia miłości odegrały wcale znaczną rolę — oddała wnuczkę pod opiekę zaufanej mniszki pobliskiego klasztoru i natychmiast z całą paradą licznej służby zjechała do Paryża, aby poprzeć Joannę macierzyńską radą biegłej znawczyni serc ludzkich.
Król zamknął się w sobie. Przez te dwa tygodnie znosił chłodno dreptanie naokół niego pana Binet, który nie śmiał zaczepiać o drażliwy temat, przypuszczając, że plany jego krewniaczki pokruszyły się na skalnym brzegu kapryśnej łaski i niełaski monarszej. Kamerdyner czekał, aż król sam wypowie, co właściwie zraziło go do czarującej — według powszechnego sądu — Joanny.
Pewnego dnia Ludwik XV. ujął pod rękę z niezwykłą uprzejmością „pięknego pana“ de Bridge — odprowadził go na stronę, ku oknu — i rzekł wesoło: