Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


za kamerdynerem poprzez drzemiące warty, puste galerje, tajne drzwi i kurytarze. Znalazła Ludwika w jego sypialni na fotelu prawie w bieliźnie, z cerą pożółkłą, płaczliwemi oczyma i kwaśnym uśmiechem. Ozwał się tonem skargi do niej:
„Pani Mailly! Musisz mnie uważać na szaleńca, żem cię wezwał o tej godzinie. Nieprawdaż?“
„Nie! Najjaśniejszy panie, uważam cię zawsze za króla, którego rozkazom należy być posłuszną.“
„Ach! machnął rozpaczliwie ręką — porzuć pani tego ,Najjaśniejszego Pana‘. Przecie jesteśmy tylko we dwoje... Sami... Czy pani zgaduje, po co ją wezwałem?“
„Nie domyślam się...“
Zarumieniła się mimowoli i zażenowana cofnęła się nieco ze swoim fotelem na kółkach. Jako faworyta królewska — wycofana z obiegu — niezbyt ponętna wogóle, obecnie posunięta w latach, raczej zawsze skłonna do porywów myśli, niż do wybuchów temperamentu, uczuciowsza znacznie od wielu współczesnych, rażących suchością serca i wyrachowaniem umysłu, niż zmysłowa naprzekór niezdrowej ciekawości zmysłów arystokratycznego otoczenia — zachowała w zanadrzach duszy lekki wstręt fizyczny do Ludwika, niechęć ex-kochanki przy pobłażliwości przyjaciółki wobec króla.
Ludwik XV. spojrzał na nią z ukosa i zrozumiał jej odruch.
„Ach! rzekł napół figlarnie, machnąwszy ręką, nie lękaj się pani. To nie do wiary, żeśmy oboje kiedyś... robili te głupstwa...“
Utopił głowę w dłoniach i po dłuższem milczeniu jął mówić zbolałym głosem:

49