Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Bardzo brzydką, Najjaśniejszy Panie! Dlatego nie ważę się jej odsłonić,“ krzyknął świeży głos z faetonu.
„Jednak żądam!“ zawołał król kapryśnie.
Chwila — a z faetonu frunął rzucony zręczną ręką drogocenny wachlarz i posłuszny woli rzucającej upadł sprawnie na kolana królewskie.
Ukazała się oczom Ludwika twarz, przedstawiająca idealny owal — nad nią wspaniała aureola jasnych, zlekka wpadających w kolor brunatny włosów — długie rzęsy, z pod których strzelało najczarowmejsze spojrzenie dumnych oczu — nos wyrazisty, jak na rzeźbach rzymskich z epoki Cesarstwa różowe usta, jakoby napraszające się pocałunek — połyskujące w czarownym uśmiechu ząbki, cera olśniewająco biała... Słowem, było to arcydzieło natury... W mgnieniu oka twarz ta przybierała całą gamę wyrazów, świadczących o bogactwie duszy. Harmonijna postać — tkliwej Wenery, czy młodocianej Juno — pochyliła się znowu w pełnym gracji, hołdowniczym ukłonie, przyczem delikatne palce białej ręki zlekka dotknęły przez falującą materję zarysu bujnej piersi, jakby chcąc stłumić zbyt żywe bicie serca — i faeton uciekł od zdumionych wizją oczu królewskich.
Ludwik rozłożył wachlarz, wpatrywał się długo malowidło. Podał go księciu Conti, który tym razem towarzyszył mu w powozie, jakby zadawał pytanie. Ksążę znał się na sztuce; rzekł:
„To jakiś niezmiernie zdolny naśladowca Massés namalował Henryka IV. u stóp Gabryjeli...“
„A! rzekł król, „pomyślałem to samo...“
„Przypuszczam zresztą,“ ciągnął książę, który nie mniej oczarowany był przez trzykrotne zjawisko tego

33