Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/36

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Amazonka zniknęła. Król przyłożył rękę do oczu, aby dojrzeć ją poprzez ślepiące promienie w obłokach kurzawy na gościńcu i milczał wzruszony, nie przyjmując z dłoni pani Chevreuse podawanego mu kielicha tokaju.
„Czy to była ta sama?“ spytał wreszcie.
„Tak... to była pani...“
„Cicho, pani Chevreuse!“ przerwał jej upojony. „Ciągle mówi się nazwiska. To jest zrozumiałe, ale to mnie już nudzi. Wiem wszystko. Miłe jest czasem nie wiedzieć. To było tajemnicze zjawisko“. I dodał szeptem:
„To była wyzywająca Djana!... Zatrąbić!“
Ozwały się trąbki — łowy rozpoczęły się nanowo.

I jeszcze tegoż dnia o późnej popołudniowej godzinie pomiędzy powozy świty królewskiej wmieszał się taeton, tym razem malowany na kolor błękitu, wiozący toż samo urocze „tajemnicze zjawisko, na ten raz przybrane w suknie różowe. W tem miejscu, gdzie ciągnął się zielony dywan „peluzy“, brzegiem lasu przesunął się faeton; i oczy pochylonej w ukłonie damy — mieniące się szafirem i połyskliwym mrokiem, spojrzały na króla niewypowiedzianie-figlarnie, jakby przepraszając z żartobliwą pokorą za śmiały zamiar wyprzedzenia królewskiego powozu. Kiedy powozy zrównały się na moment, Ludwik z niezwykłą wesołością w głosie, tak kontrastową z ospałem usposobieniem w końcu nużących łowów — wykrzyknął:
„O! jaki piękny wachlarz... Zasłania pewnie twarz brzydką.“

32