Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/220

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


To ją uleczyło z poszukiwań miłości.
Znacznie później — przeszła już czterdziestkę — książę de Choiseul, minister, z którym zamykała się nieraz na całe godziny przy pracy — człowiek wiekowy, ale pełen tego nieśmiertelnego temperamentu, który służy ludziom (rzecz rzadka w owej epoce) nie szastającym zdrowiem w łatwych uciechach i traktującym miłość poważnie, na odchodem odwrócił się nagle i dziwnie wpatrzył się w nią. Na jego twarzy pojawił się wyraz wielkiego cierpienia — niezwykły u tego męża polityki, zajętego wiecznie interesami państwa, wydającego się jej uczuciowo subtelnym, ale niezmiernie opanowanym, nieskłonnym do wybuchów.
„Co się panu stało?“ zapytała.
„A to się stało,“ rzekł powoli, „że drażnią mnie te ciągłe szepty po kątach Wersalu.“
„Jakie szepty?“
„Pani wie,“ postąpił ku niej, jakby coś nagle rozstrzygnął, „że uważają nas za... kochanków?“
„Wiem! I potrafię nie słyszeć,“ uśmiechnęła się. „Cóż ci to szkodzi, książę, jeżeli mnie to nie przeszkadza?“
Usiadł ponownie w fotelu nawprost niej — odłożył tekę z dokumentami — gniótł palce nerwowo i rzekł:
„Wie pani o tem, markizo, że jesteś zawsze... zawsze... czarująca?“
„Wiem... i chciałabym zapomnieć o tem,“ rzekła smętnie. „Czary są obosieczne. Zwracają się z czasem przeciw ,czarującym‘.“
Nagle nachylił się szpakowatą głową ku jej kolanom — ukrył ją w fałdach jej sukni — ramiona jego drgały tłumionem szlochaniem: