Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Rozdział XXXIII.
Ruina marzeń.

Miłość młodego księcia Gontant była tylko przelotną błyskawicą szczęścia w życiu Markizy — tak szybko urwał się ściślejszy stosunek, że niewtajemniczona pani Hausset może z całą szczerością, wbrew innym biografom, twierdzić, że „pomiędzy nimi absolutnie nic nie było“. Zapalny, ale pełny egoizmu młodzian, zauważył pewnego dnia, że, zakasławszy się, przytknęła chustkę do ust i chustka zabarwiła się różową smugą. Zrobił oczy wylękłe i mimowoli rzekł: „To może suchoty?“ Było to bezlitosne. Okrutniejszem było, iż oczy kochającego życie młodzieńca miały wyraz lęku i z ust wyszło owo brutalnie-naiwne pytanie: „Czy to nie zaraźliwe?“... Próżno całował jej ręce, okazując skamieniałej, iż to, co mówił, miało na celu zmusić ją do liczenia się poważnie z lekceważoną przez nią chorobę i zwrócenia się zawczasu do mistrzów sztuki lekarskiej.
Markiza zrozumiała ów lęk zwierzęcy. Nazajutrz posłała mu drogocenną tabakierkę z wymalowanym przez nią nocą na emalji pokrywki obrazkiem: „Amor, przeszyty strzałą z własnego kołczanu.“ Pod obrazkiem był napis — jeden tylko wyraz: Assez (dosyć!). Gontant zrozumiał — wyjechał tegoż dnia do Neapolu, dokąd wzywała go zdawna matka, pragnąca go ożenić z hrabianką włoską.