Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


się o kamień — upadła. Podniosła się nim pośpieszył jej z pomocą. Zakaszlała się mocno, wyjęła obszytą koronkami chusteczkę — i przyłożyła ją do ust... Chustka zabarwiła się czerwoną plamą.
„Co to?... Ty plujesz krwią?“ zapytał.
„Nie!... Tak!... Czasem — ale bardzo rzadko. To nic... Pamiętaj — nie mów nikomu. Nie waż się... Nie trzeba przestraszać nikogo. To zaraz przechodzi.“
Musiał jej przysięgnąć, że „nikomu o tem nigdy pod żadnym warunkiem nie powie“.

Kiedy w dziesięć lat potem, w dniu 9. marca 1741-go roku Joanna-Atonina urodzona Poisson, przeszedłszy przy dźwiękach organów usłaną kwieciem ścieżkę od ołtarza do podwoi kościoła świętego Eustachego — wsparta na ręku pana Lenormant d’Étioles — odziana w szaty ślubne — nareszcie przez tłok ciekawskich, pragnących obejrzeć „czarującą pannę młodą“ dotarła do drzwiczek karety i zasiadła przy szczęśliwym nowożeńcu nastąpiła pomiędzy nimi taka rozmowa:
„Kocham cię, Joanno!“
„Wiem o tem. Mówiłeś mi to nieraz.“
„Ale ty mnie... czy kochasz? Nie powiedziałaś mi tego nigdy.“
„Nie wiem. Miłość jest to wielkie słowo.“
„Jednak wyszłaś za mnie?“
„Tak. Czy żałujesz tego?“
„Nie! nie! nigdy! Ale czemu nie chcesz mi tego powiedzieć.“
„Powiedziałam w kościele. Zaprzysięgłam miłość. Czy to ci nie wystarcza?“

18