Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/217

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Bardzo piękny. Gdybym go nazwała, potwierdziłaby to pani!“
„A więc mam honor go znać?“
„Prawdopodobnie!“ rzekła filuternie panna de Romans.
Obie kobiety odeszły. Dama w kapturze rzekła:
„Tak, pani Hausset. Trzeba przyznać słuszność opinji. Matka i dziecko są prześliczne.“
I westchnęła, zmierzając ku bramie zamkowej Wersalu. Była to oczywiście pani de Pompadour, bolejąca nad tem, że jej urocza dziewczynka, Aleksandryna d’Étioles, którą przeznaczała bez osobliwej zachęty ze strony Ludwika XV. jego naturalnemu synowi, spłodzonemu z panią Vintimille, spoczęła w przedwczesnej mogile — że innego dziecka nie chciała jej dać egoistyczna żądza monarchy w epoce pierwszej miłości — że stała teraz zdala od jego serca w cieniu szacunku...
Wyspowiadała się tegoż dnia ze swoich obaw co do przyszłości przed panią de Mirepoix, młodą żoną żwawego mimo srebrnych włosów marszałka, doświadczeńszą na mocy niezwykłej intuicji serca od wielu dojrzalszych kobiet. Ta, która ongi dopomogła jej w pozostaniu przy dworze po zamachu Damiensa, teraz ukoiła jej obawy:
„Bądź pewna, markizo, że gdyby Król przeniósł pannę Romans na dwór, urok jej prysnąłby dla niego. I on wie już o tem — z... doświadczenia, a dlatego przekłada bieganie do tamtej, bo to stanowi nowość i ma powab specjalny. Bądź spokojna, że potęga przyzwyczajenia, na którem opiera się wypróbowana przyjaźń dla Ciebie, czyni to uczucie solidniejszem — przedewszystkiem zaś wygodniejszem. Król nie zechce