Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/216

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tęgą wdzięków swoich Króla, iż sam musiał incognito podążać na rendex-vous, do jej ślicznego mieszkanka w Passy. Nie było mowy o wyparciu przez nową, nieposiadającą zresztą wielkich ambicyj i stroniącą od walki o cierniste zaszczyty władzy mieszczankę — ustalonej przedawnieniem na swej pozycji pani de Pompadour, uwalniającej berło od ciężaru ku zadowoleniu monarchy.
Ale markiza odczuła boleśnie i to wyróżnienie, które postawiło pannę Romans w innem świetle, niż mieszkanki gniazdka rozpusty w „Petite Maison“.
Nadto okazało się, że nowa kochanka zyskała prawo do Króla, którego brakło innym, brakło pani de Pompadour; miała z nim syna, którego na natarczywe prośby matki Ludwik niemal uznał. To dziecko woziła na spacery wszędy — piękne, jak dzionek, ubrane w koronki, afiszowała się z niem w Tuilleries; nie mogąc zdławić w sobie tajemnicy swego szczęścia, mówiła do tłoczących się przy wózku ciekawych przechodniów: „Ach! rozstąpcie się, panowie i panie... Nie dajecie oddychać dziecku Króla!...“

Pewnego razu w lasku Bulońskim pochyliła nad dzieckiem główkę, z której opadały złotym potokiem włosy, spięte djamentową klamrą — wpatrzona w nie, karmiła dumna i szczęśliwa rozkoszną istotkę, ssącą chciwie pierś matki. Naraz zbliżyły się dwie damy. Jedna z nich, ta, która twarz kryła dyskretnie w wielkim kapturze, pozdrowiwszy matkę, rzekła:
„Jakie to piękne dziecko!“
„Muszę się zgodzić z tem zdaniem, chociaż jestem jego matką.“
„A ojciec czy piękny także?“