Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/212

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


miłowania. Jej przyjaźń była zazdrosną, lekką i niestałą, jak jej miłość, ale jej poświęcenie, powagę i potrzebę wierności rozbił czas gorszy od niej — zniweczyli zawistniejsi, lżejsi i niestalsi! Ciekawym, czy ten mój wyrok potwierdzi historja...“

Nagle wpadła do pokoju Markizy młodziutka żona owdowiałego niedawno marszałka de Mirepoix.
„Co znaczą te kufry?! Pani ludzie mówią, że odjeżdżasz. To być nie może!“
„To być musi. Mój Pan tego żąda. Przysłał mi rozkaz przez wielkiego strażnika pieczęci...“
„To jeszcze się pokaże!“ wykrzyknęła fertyczna osóbka. „Wstrzymaj pakowanie się, dopóki nie powrócę. Daj obietnicę! Biegnę do króla...“
Pewność małej de Mirepoix zdziwiła Markizę, ale dała żądane przyrzeczenie przyjaciółce, która była ulubienicą Króla i liczyła na swój wielki wpływ. Potrafiła go rozśmieszyć swoim dowcipem i budziła upodobanie w nim odwagą i szczerością mowy.
Znalazłszy się przy łożu Króla, szepnęła mu:
„Najjaśniejszy Panie! podobno przełożyłeś aureolę świętego i odkładasz koronę.“
„Co takiego?!“
„No, bo świętoszkowie zwyciężyli. Chcesz odpędzić od siebie swój największy grzech.“
„Jaki?“
„Markizę de Pompadour!“
„Hm!“ zaczerwienił się zakłopotany rekonwalescent.
„Po jej odejściu zrobi się taka wielka dziura, że w nią wlezą wszyscy świętoszkowie i ukanonizują Cię, Królu.“
„Oj! wcale tego nie chcę...“