Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/213

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„A więc to tylko brzydki żart tego nudziarza, wielkiego strażnika pieczęci, który chce krasę panowania Ludwika XV. wyrzucić na śmieci!... Markiza spakowała już kufry. Płacze, jak fontanna. Co mam jej powiedzieć?“
„Nachyl się... bo Machault podsłuchuje.“
Przytknęła różowe uszko do jego ust. Pocałował je:
„Powiedź Markizie, aby nie ważyła się odjechać. Zabraniam. Zostanie! Tylko... niech nikt o tem nie wie. Powiedz jej jeszcze, że jutro ją odwiedzę... Ale niech usunie wszystkich. Powiedz, że mam się lepiej... i stęskniłem się. Tak dawno jej nie widziałem.“
„Wszystko powtórzę, Królu. Jak to miło mówić z Monarchą, który wie, czego chce... jeżeli ma dobrych doradców.“
„Jak ty, figlarko!“
„Nie! jak Markiza de Pompadour!...“

I Markiza została. A nazajutrz nastąpiła scena powodzi łez, które Król rekonwalescent spijał „z rzęs najlepszej swojej przyjaciółki, z którą nigdy nie myślał się rozstawać“ — jak ją solennie zapewniał. A po dniach paru ustąpił ze stanowiska Machault, jako „wilk, który chciał schrupać twoją owieczkę, najmiłościwszy Ludwiku. I jeszcze w miesiąc potem, udawał się na wygnanie z surowym nakazem trzymania się zdaleka od Paryża najsilniejszy konkurent potęgi pani de Pompadour minister d’Argenson. „Albo on, albo ja,“ rzekła Markiza.
„Któż go zastąpi?“ spytał Król niespokojnie.
„Ten, co go przewyższy. Berni!“ odparła.