Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Rozdział XXXI.
Spakowane kufry.

Machault przyszedł w istocie... I to właśnie podczas tej wizyty Berniego. Spytał tonem lodowatym: „Jak zdrowie Pani?“ Odparła: „Nie myślę o niem.“ Berni usunął się dyskretnie. Rozmowa trwała pół godziny. Potem Markiza zadzwoniła, poprosiła Berniego.
„Muszę odejść, kochany Berni!...“
Zęby jej dzwoniły. Z rąk wypadła szklanka, z której chciała napić się oranżady. Stroskany Berni zagryzł wargi. Nie znalazł słów. Zresztą położyła mu palce na ustach.
„Proszę cię, Berni, nie mów nic. To postanowione. Idź, zamów mi hotel w Paryżu. Każ zaprzęgać mój powóz. Powiedz służbie, aby przygotowano mi kufry. Nie mogę sama. Wstyd mi!... Odejdź, Berni! Nie patrz na mnie. Przyjdź wieczorem. Odprowadzisz mnie.“
Zakryła oczy. Usunął się posłuszny jej woli. Zstępując po schodach, jako filozof — to było moda czasu — starał się przesilić ogarniający go żal; jako djalektyk i pamiętnikarz, próbował sformułować objektywny sąd o niej, rodzaj historycznego epitafium:
„Posiadała wiele słabostek kobiet ambitnych, ale nie miała żadnego z ich wielkich grzechów. Czyniła złe, nie będąc złą w gruncie rzeczy; ale dobre czyniła z za-