Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/20

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Żanetko! Poczekaj... już idę...“
Pobiegł w stronę parkanu. Zatrzymała się na ścieżce. Jej oczy śmiały się teraz triumfem. Bawił ją mozół chłopca, niezgrabnie wspinającego się na parkan i trwożnie poszukającego oparcia dla nóg na oplatających go gałęziach.

Kiedy powrócił z naręczą pokrzyw, miał łzy w oczach i bąble na palcach, ale był rad i dumny z siebie.
„Widzisz,“ pokazywał jej ręce. „Teraz mogę cię pocałować?“
Nadstawiła z godnością twarzyczkę, odwracając nieco usta. Obsypał ją pocałunkami. Przymknęła oczy z uśmiechem — może nie chciała widzieć „brzydala“ i goniła obraz królewicza z bajki.
Byli oboje dziećmi — niewinnemi dziećmi. I w tej ich igraszce w miłość nie było nic gorszącego. Jeno ta cieplarniana atmosfera, w której wychowały się dzieci sfer wysokiej arystokracji i finansjery, przyśpieszała tętno ich krwi i uczyła ich przez naśladownictwo sztuki miłości, którą raczej bawiło się, niż żyło, wszystko dokoła nich.
„Dosyć!“ skomenderowała.
„Co mam zrobić z tem?“ zapytał, odrywając od niej chciwe usta i wskazując oczyma pokrzywy.
„Czy bardzo boli?“ spytała.
„Bardzo! Drapie — swędzi — kłuje... i parzy!“ wykrzywił się, spoglądając litościwie na własne ręce, pokryte bąblami.
„Nie rzucaj jeszcze!“
Odgarnęła rękaw sukni wysoko i podstawiła ramię.
„Dotknij!... mocno!...“

16