Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/19

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wołała, śmiejąc się i klaszcząc w ręce, rada, że nareszcie znalazła pomysł, który odpowiadał jej planom i chwilowemu nastrojowi.
Powstał i patrzył na nią wystraszony.
„Ależ to kłuje... parzy!“ wyjąkał nareszcie.
„Mazgaj!“
„I jakże będę się przedzierał przez parkan... w tym stroju? Pójdę przez bramę i urwę jedną łodygę.“
„Nie przez bramę... I bukiet cały! Rozumiesz?... Garść.“
„Zniszczę ubranie.“
„Co mnie obchodzi twoje ubranie!“
„Ale garść pokrzyw... poparzę sobie ręce okropnie.“
„Mówiłeś zawsze, że mnie kochasz!... Nienawidzę cię, boś skłamał...“
Wstała i energicznie zawróciła ku domowi.
Dopędził ją.
„Żanetto! na co ci bukiet pokrzyw?... Przecież to nie dla ciebie...“
„Skąd wiesz?... Może dla mnie... Kwiaty noszą wszyscy, a pokrzyw nikt...“
„Ale to mnie będzie bolało przy rwaniu...“
„Widzisz! chciałam wiedzieć... czy mnie naprawdę kochasz?... Bo pani Lebon powiedziała kiedyś do mamy: „Jeżeli kto kocha, to wycierpi wszystko dla swojej miłości... a inne kochanie nic nie warte!!“
Jej oczy patrzyły z gniewem i rozżaleniem na składającego błagalnie ręce chłopca, starającego się zagrodzić jej drogę do domu. To nie były już oczy dziecka — biły taką potęgą wyrazu.
„Idź precz! Nigdy nie będę Twoją żoną!“ rzekło dziecko.

15