Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/18

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Starsi tu siedzą w tym ogrodzie i nie widzą, że tu jest... bardzo... bardzo brzydko. Niema ani fontan, ani posągów, ani klombów róż, jak w Wersalu... Tu nie wypada się całować!“
Usprawiedliwiała niejako odmowę pocałunku, może ubocznie czyniąc zarzut matce i „dobremu panu Tournehem“, że nie postarali się upiększyć ogródka według jej gustu i przekonań o koniecznem tle do „zabawy w pocałunki“, miłej dla starszych i dla dzieci.
„Chcesz?“ zapytał. „To pójdę jutro do Wersalu... i zakradnę się przez kraty i przyniosę ci trzy róże, jak wtedy, kiedy mnie obili... Ale za to pozwoliłaś pocałować się trzy razy.“
„Dlaczego dałeś się pojmać i obić?... Róże były zgniecione — brakowało listków... Podniosłeś je z ziemi. Niewarte były pocałunków.“
„Teraz klnę się honorem — nie dam się złapać dozorcom. Przyniosę ci jutro cztery najpiękniejsze róże.“
„Nie trzeba!... Po co kraść?... Ja sama sobie zerwę, kiedy będę mieszkała w Wersalu.“
Otworzył usta ze zdziwieniem — ale nie zaprzeczył. Żanetta przecie jest mądra i zawsze wie, co mówi.
„Pozwól mi jednak jutro iść po róże... i daj obietnicę, że mnie pocałujesz.“
Zmarszczyła brwi i niecierpliwie uderzyła ręką o poręcz marmurowej ławki.
„Chcę czego innego... chcę...“ zatrzymała się, myśląc.
„Rozkazuj, wszystko spełnię.“
„Naprawdę?“ ucieszyła się złośliwie. „A więc... przeleź zaraz przez ten parkan i narwij mi... pokrzyw... Tak! tak! przynieś mi bukiecik pokrzyw,“

14