Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie radował się długo. Starzec, przyzwyczajony do swobody ruchów, przeraził się mroku, wilgoci murów, milczenia Bastylji, ciągłego widoku męki młodego pana. Zatęsknił do wolności po kilku miesiącach współżycia. Latude poznał z oczu sługi tajoną myśl o wyjściu.
„Nie chcę cię więzić przy sobie,“ rzucił. „Idź i wspomnij czasem o mnie. Należy ci się wolność, boś nie robił głupstw, jak ja.“
Latude mylił się. Nie znał praw Bastylji. Kto wszedł tam i miał styczność z więźniami, nie mógł już wyjść. Był niebezpieczny — zbyt wiele wiedział. Przed sługą nie otworzyły się mury Bastylji.
„Ja im jednak stąd ucieknę!“ rzekł do Latude’a.
„W jaki sposób?“
„Ot, zobaczy panicz!“
Miał ostre krzemienie w kieszeniach. Lubił się niemi bawić. Zbierał je, jako amator. Zostało parę w kubraku. Podciął sobie niemi żyły na rękach, poderżnął gardło. I wyzionął ducha.
Latude wpadł w rozpacz ostateczną. Komendant zląkł się, że pójdzie śladem samobójcy. Przypomniał nakaz Markizy. Dał Latude’owi za towarzysza jego sąsiada d’Allegre. Liczył na wpływ duchownego in spe na obłąkańca. Współwięźniowie ujrzeli się wreszcie. Rzucili się sobie w objęcia. I zawarli sojusz wiecznej przyjaźni. Pewnego dnia Latude rzekł do d’Allegre’a:
„I my uciekniemy.“
„Jak twój służący?“
„Nie!... inaczej!... Naprawdę!... Zobaczysz!