Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


jakiś drobiazg“ — gdyż „nic poważnego dzieciak nie mógł uczynić“ — dręczy się w Bastylji bez nadziei wyjścia.
„Któż to jest?“ spytała krótko, marszcząc czoło.
„Latude!... Przyrzekłem umierającemu wstawić się za jego synem. Byłem rozrzewniony. Stary sługa po śmierci swego pana prosił mnie, abym mu wyjednał prawo usługiwania paniczowi, gdyby młody Latude nie mógł być wypuszczony. Nie gniewasz się na mnie, że się mieszam w tę sprawę?“
„Nie. Owszem, wdzięczna ci jestem. Przypomniałeś mi sprawę, która mnie boli. Latude siedzi z mego rozkazu, ale wbrew mojej woli — wierzaj mi — ojczulku. Rozpatrzę sprawę ponownie. Bądź pewny, że uczynię, co będę mogła. A teraz żegnaj!“
„Ach! tak mi tu dobrze na twojej kanapce przy tobie.“
„Idź! Idź! Sentymenty istnieją tylko dla ludzi prywatnych. Ja nie mam na nie czasu.“

Poleciła przez umyślnego posłańca komendantowi Bastylji — (był to nowy komendant, który zastąpił dawnego, zmarłego w późnym wieku na swojem bezlitosnem stanowisku), aby stawił się u niej nazajutrz, zebrawszy ścisłe dane o zachowaniu się Latude’a.
Spotkała go pytaniem:
„Czy z postępowania Latude’a może pan wnieść, iż będzie dyskretny po wyjściu z Bastylji? Czy daje nadzieję na poprawę? Czy można sądzić, że będzie wdzięczny za odzyskaną wolność i nie stanie się ponownie wrogiem tronu? Jaki jest timbre jego duszy obecnie — pogodzenie się z losem, czy... coś innego?“