Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


markizy, stwardniałej podczas zastawiania królowi tych nieprzystojnych uczt „miłości“. Nie sądziła króla, może w myśl tej ostrożnej rady, którą wypisywała w liście do brata, bawiącego we Włoszech: „Nie pisz mi nic złego o władcach; mają oni zawsze swoje zalety“ — dodając na uboczu: „Listy pani de Pompadour mogą być zawsze otwarte, gdyż są ciekawe dla obcych“. Ale czy sądziła siebie? — człowiek przyzwyczaja się do swego „ja“, jakiemkolwiek jest, i znosi je cierpliwie; spostrzegamy swój pierwszy fałszywy krok, ale dalsza droga błędna już nas nie razi.
Nie interesują nas tu objekty zabaw króla, choć z pewnością zasługiwała na sympatję ta dzieweczka, która z zapomnianego przez Króla przy zmianie kostjumu „błękitnego sznura“ i z listów, wypadłych mu z kieszeni, powzięła podejrzenie, że jej wizytatorem był sam Król i kiedyś po zamachu nań Damiensa padła mu do stóp ze słowami:
„Jesteś Królem całego państwa, ale to nie znaczyłoby nic dla mnie, gdybyś nie był zarazem królem mego serca. Szalałam z rozpaczy, gdy chciano cię zamordować.“ Ten krzyk zatrzymał Króla podczas spaceru. Dokoła byli ludzie. Ludwik objął dziewczynę, aby ją uspokoić. Uspokoiła ją następnie łacniej policja, umieściwszy na pewien czas w domu obłąkanych i przy wypuszczeniu udzieliwszy przestrogi, że można tam powrócić...
Musimy wszelako kilka słów poświęcić innej z mieszkanek „Jeleniego parku“ — soczystej Irlandce, w stylu Rubensowskim, pannie Murphy, pieszczotliwie zwanej „Morphil“, którą Król zajął się tak płomiennie, że aż Nuncjusz papieski uznał za