Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


go pana, pragnącego nasycić swoje zmysły. Ofiarom lekkomyślności i chciwości własnej, lub psujących niedoświadczone dusze namów, nie nazywano imienia wielkiego pana, który raczy się zniżyć do nich, lub — jak zdawało się swoistej dumie tych „ptasząt“ ludzkich — podnieść je do siebie; kuszonym wystarczało, że odwiedzi je tutaj dyskrecjonalnie książę, lub „wielki magnat z Polski“, przyczem nie wolno im badać, kim mógłby być, ani rozgadywać o tej wizycie — za to płacono hojnie złotem. Łowczym, któremu ułatwiono łowy, jak to zwykło się dziać na polowaniach monarszych, był oczywiście sam Król Ludwik XV., który przybywał tu rzekomo dla oględzin ulubionych jeleni, a wypoczywał w domku, gdzie oczekiwała go dyskretna i zaufana służba, usuwająca się do kuchni, i wyglądało tęsknie znajdujące się w stroju haremu wschodniego w rozkosznej sypialni śliczne stworzonko, marzące o nieznajomym księciu.
Jest oczywiście sporo przesady w tendencyjnych opowieściach pamflecistów owej epoki i późniejszych historyków Rewolucji, którzy skromny z wyglądu domek odmalowali jako pałac, względnemu zbytkowi wnętrza nadali rysy sułtańskiego seraju, a ilość jego mieszkanek i częstość odwiedzin królewskich zolbrzymili, tworząc na ten temat liczne baśni i legendy. W istocie rzeczy Ludwik XV. bywał raczej lubieżny, niż był temperamentowy — nie posiadał w sobie tej wrzącej krwi afrykańskiej, która potrzebną była do sprostania wszystkim wymysłom na temat Petite maison“ w „Jelenim parku“. Ale dom ten odegrał rolę konduktora dla jego namiętnostek, stanowił dogodny kanał dla spławu królewskich zachcianek, a równocześnie, gasząc szybko iskry pokusy i za-