Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Rozdział XXI.
W Bastylji.

Latude wysiadł przed główną bramą Bastylji. Powóz odjechał. Młody człowiek, rozpytawszy się o siedzibę komendanta, udał się do kancelarji. Nie bez wyniosłości wręczył list najwyższemu strażnikowi głównego więzienia dla przestępców politycznych Francji.
„Od kiedy pocznę pełnić moje obowiązki, panie komendancie?“ — spytał Latude, mrużąc figlarnie oczy.
Komendant spojrzał na młodego człowieka zdziwiony.
„Pan sam tu przyjechałeś?“ zapytał.
„Naturalnie! W powozie markizy de Pompadour!“
„Pan sam przywiozłeś ten list?!“
„Sam! Co za pytanie?“
„A, tak?! pan jesteś bardzo młody, przyjacielu.“
„A pan za stary!“ rzekł urażony Latude.
„W istocie!... Nie przeczę. Godziłoby się na stare lata wypocząć, ale... moje obowiązki są zbyt trudne,“ uśmiechnął się komendant.
„Pytam pana nie o to, czy są trudne, ale kiedy pocznę pełnić moje obowiązki?“ spytał Latude niecierpliwie.
„Od... zaraz!“ rzekł komendant.
I skinął dwóm strażnikom, stojącym przy drzwiach: