Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/141

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


List był napisany stylem, budzącym zupełne zaufanie do szczerości piszącego — i nie obudziło żadnych podejrzeń, gdyby efektu listu nie wyprzedził Latude. Pani de Pompadour przywołała panią Hausset i rzekła jej, wskazując pudełko:
„Spójrz! Oto trucizna, którą przysłali mi przy tym chytrym liście niewiadomi złoczyńcy.“
Pani Hausset załamała ręce rozpaczliwie — wzięła potem pudełko z proszkiem, lękliwie odsunęła je, potrzymała list i ze wstrętem rzuciła na stół. Pani Pompadour mimowoli roześmiała się z tak daleko posuniętego przestrachu i z komicznego gestu obrzydzenia.
List chemika, rzucony przez panią Hausset, legł przypadkiem przy kartce, na której Latude napisał swoje nazwisko i adres.
Wzrok pani de Pompadour wypadkiem ogarnął oboje.
I — nagle zachmurzyła się.
Wzięła oba papiery zbliżyła do siebie — patrzyła długo na pismo — to i tamto. Naraz brwi jej ściągnęły się — twarz przybrała wyraz groźny — nieomal zęby zgrzytnęły. Zatupała nogami ze złością i pięścią uderzyła w stół.
„Co się stało?!“ zapytała pani Hausset, przestraszona tym wybuchem gniewu. Widywała czasem panią Pompadour w paroksyzmie rozdrażnienia — ale obecny wydał się mocniejszym, niż te, które obserwowała przedtem.
Markiza nie odrzekła nic. Gwizdnęła na wyżła; ów skoczył ku niej. Dała mu powąchać kartkę Latuda — poczem krzyknęła: „Nemrod!... goń!...“