Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


boginią, kobietą zjawiskową — nie widział w swojem życiu dość szarem, zamkniętem w mieścinie prowincjonalnej, w mrocznym domu ojca, w szkole, koszarach, oberżach przydrożnych, takiego skończonego obrazu piękna w ramach stroju tak bogatego i wykwintnego, na tle tak uderzającem oczy i wyobraźnię. Są oczarowania, które graniczą z błyskawicznem rozkochaniem się w stylu Romea.
Pani Pompadour uśmiechnęła się; jej biegłe oko zrozumiało wrażenie, jakie wywarła na młodzieńcu; zatrzymała wzrok na nim z upodobaniem: był „przemiły“ — określiła to tak myślą — w tym poszarpanym stroju, z tą czerwoną krechą na inteligentnem czole, z temi niebieskiemi oczyma, z których biły przestrach i rozmarzenie, w tej aureoli jasnych włosów, które spadały mu na ramiona — z temi niezgrabnemi poruszeniami rąk i nóg.
„Po coś przyszedł?“ zadała pytanie. „Mów!“
Ten głos, w którym słodycz i rozkazodawczość splątały się w jedyną harmonię — ocucił go, przypomniał, co winien czynić.
Upadł jej do stóp.
„Najjaśniejsza pani!“ zawołał „...i zaciął się, bełkocąc: Naj—jaś—niej—sza...“
„Nie jestem nią!“ rzekła. „Ale na ustach jej prześlizgnął się uśmiech dumy z powodu jego omyłki. Jestem markiza de Pompadour... To wystarcza.“
Subtelne ucho Latude’a pochwyciło odcień pychy w tem „wystarcza“. Już opanował się.
„To wszystko jedno!“ rzekł. „Nie o to chodzi chodzi o... Lecz mogę to powiedzieć tylko pani samej — zatrzymał się“.