Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Pani!“ rzekł młody człowiek, „te bydlęta nie rozumieją, że muszę pomówić osobiście z Markizą de Pompadour! W sprawie olbrzymiej wagi dla niej! Ułatwij mi widzenie z Markizą — inaczej zajdzie nieszczęście!“
Zawtórował mu śmiech żołnierzy. W głosie młodzieńca brzmiała tak silna nuta przekonania, było w nim — dla wrażliwej pani Hausset — tyle groźnej powagi, że nakazała warcie, aby puściła nieznajomego.
„Jak się nazywasz?“ spytała.
„Inżynier Latude!“
„Poczekaj... Zaraz przyniosę odpowiedź.“
Za chwilę wróciła.
„Pójdź pan! Markiza przyjmie pana.“
Młodzieniec triumfował. Twardy zakaz, nie dopuszczający przed oblicze pani de Pompadour w Fontainebleau, gdzie zamykała się dla pracy — nikogo, prócz zjawiających się imieniem Króla, lub z legitymacją od pierwszego ministra, pana d’Argenson, w sprawach państwowych, nie cierpiących zwłoki — został przełamany przez jego zręczność ekwilibrysty, przesadzającą mury i upór, nie lękający się kolb i pięści.
Za chwilę stał przed panią de Pompadour...

Na moment stracił możność mówienia. Sparaliżował go lęk ryzyka, związanego z podjętym zamiarem, tyleż co nagle ogarniający go zachwyt. Siedząca przed nim wydała mu się nie tylko władczynią, mającą możność skruszenia go, jak źdźbło słomy — nie darmo książę de Ligny w tych czasach wyraził się o niej, że „wyglądała nieporównanie bardziej na królowę, niż sama królowa“; wydała się wrażliwemu młodzieńcowi