Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Paryża, aby w teatrze markizy Pompadour ujrzeć na scenie ,Edypa‘ tragedję wielkiego Woltera.“
„Ależ jej nie grają. Niema jeszcze nikogo godnego tej roli.“
„Może ja nim będę w teatrze pani de Pompadour.“
„Ślepy jesteś, młodzieńcze... Nie dojrzysz drogi... tak wysoko.“
„Właśnie, jako ślepiec, nadaję się do roli Edypa!“
Wolter roześmiał się.
„O cóż panu chodzi?“
„O drobną pożyczkę, bo nie jestem w stanie wędrować dalej pieszo... Zwrócę ją, o ile nie umrę, lub... nie dostanę się na całe życie do Bastylji. Pomóż pan idącemu do szczęścia i do sławy.“
Wolter bawił się szczerze. Wyciągnął sakiewkę, dość nabitą monetami i podrzucił ją:
„Chwytaj szczęście, młodzieńcze. Sława jest zawodna, lub ciernista!“
Powóz ruszył.
Za powrotem Latude ujrzał oberżystę... z miną rozsrożoną. Nie widział go takim jeszcze.
„Panie Latude!“ wrzasnął stary, „zadrwiłeś sobie ze mnie! Pytałem pana Woltera... żadnych de Latude’ów niema. Oszuście! Oddam cię w ręce policji. W twojej torbie są kamienie.“
„Milcz, wygo!“ krzyknął z dostojeństwem Latude. Jak śmiałeś otworzyć moją torbę?! Są w niej kamienie... drogocenne, na których wartości się nie znasz... Nie wiesz, z kim mówisz. Masz tu, chciwcze!...“
I wysypał na ladę kilka złotych sztuk.
„Reszty nie trzeba!“