Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Rozdział XVII.
W drodze do sławy.

Latude obudził się o świcie. Zerwał się z łóżka — był ubrany — wczoraj nie rozbierał się. Niejasno przypomniał sobie jakieś sny czarowne — wzbijał się w nich ku obłokom, przelatywał z gwiazdy na gwiazdę. Noc ta natchnęła go ogromną wiarą w przyszłość — wczorajsze decyzje myśli przed snem aprobował teraz wesołem pogwizdywaniem. Wymknął się z oberży, poszedł spacerem kilka „lieu“ w stronę przeciwną Paryżowi i czekał na drodze, siadłszy na kamieniu.
Kiedy usłyszał turkot, porwał się z miejsca. Koń ciągnął truchtem faetonik. Latude przyjrzał się przejeżdżającemu.
„Hola!“ zawołał, „zatrzymaj się, Mości Panie de Voltaire.“
Jadący polecił woźnicy zatrzymać się. Był zdziwiony.
Młody człowiek, ubrany z wyszukaną elegancją, zlekka machając spicrutą, zbliżył się do pojazdu i zdjął z niskim pokłonem beret.
„Znasz mnie?“
„Z portretów. Chciałem zobaczyć w oryginale.“
„Z kim mam przyjemność?“
„Człowiek jeszcze bezimienny, w przyszłości sławny, nie mogący podać swego nazwiska w sytuacji przykrej!“ mówił młodzian wesoło. „Człowiek, który wybrał się pieszo bez środków do życia w podróż do