Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Pani Pompadour,“ poprawił się z niezmąconą powagą Wolter. „Siedzę tu wolny... i uczę cię prawdy rzeczy i ludzi. Bo powiedzmy sobie szczerze i rozsądnie — tu, gdzie nas nikt nie słyszy — czem jest nasz dziedziczny monarcha z panującej nam krwi Bourbonów, spokrewnionej z domem Kapetyngów, a więc utrzymującej całość państwa i narodu francuskiego blisko 800 lat...“
„To nie jest ściśle historyczne! Państwo i naród były rozerwane.“
„Zgoda!... 8 wieków in idea realisanda, mówiąc kuchenną łaciną — w idei zaś zrealizowanej kilka wieków mniej, w każdym razie — przyznasz mi — dawność jest imponującą i wartościową dla życia powszechnego!... Otóż czem jest Ludwik XV. i czem jest dla niego — a przez to czem jest dla Francji konkubina, pani Poisson — d‘Étioles — de Pompadour?“
„Czem?“ słucham ciekawie!
„Król z trupią głową, w którego wlała nowy eliksir życia Minerwa-Wenera, Melpomena-Psyche, kobieta, która przerasta o sto głów mężczyzn, a... nie mając wyboru w poszukiwaniu dróg do wcielenia swego naturalnego prawa rządów, należnych geniuszowi (gdyż inne zamknięte są kobiecie), poszła przez łożnicę krówlewską, gdzie poczciwa Marja Leszczyńska już ukończyła swój obowiązek — żony, płodzącej Delfina i Delfiny...“
„Ależ...“
„Nie przerywaj!“ rzekł Wolter rozkazodawczo. „Posłuchaj rzeczy, których nie znasz i nie rozumiesz!...“