Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mowie, w której błyskawice myśli szły na wyścigi z precyzją słów. Serce mu biło wzruszeniem, młodą jego duszę porwała fala entuzjazmu, nie turbująca się o sprzeczność z poprzednią.

„Nie dziwię się wcale,“ zlekka skandował Wolter, „że kawaler de Rességuier został świeżo skazany przez sądy na dwadzieścia lat fortecy za wiersz, który wyrzucał markizie, pochodzenie pijawki od pijawki‘, ,zdzierstwo‘ i szerzenie w zamku ,hańby królewskiej‘. Zasłużył na to choćby tem, że... pisze niepotrzebnie kiepskie wiersze; pokutuje za winę swoją, skoro sam prosił o doręczenie tego wiersza markizie przez Maurepas, i za winę Maurepas, który go podał jej przy królu w bukiecie... i za to został tylko odprawiony z dworu. Konieczną jest jedna przestroga dla nieostrożnych głupców, którzy nie rozumieją natury... wielkiego państwa i mogą zaszkodzić jego funkcjonowaniu, podrywając cześć dla tronu rękoma tysięcy głupców.“
„Ale ty sam, Wolterze...“ „Ja sam,“ nachmurzył się Wolter, „robiłem i będę robił może nieraz to samo. Ale to rzecz inna!... Geniusz ma swoje prawa i... obowiązki swego imienia wobec potomków. Zresztą siedziałem za to w Bastylji... i troszkę się z tem godzę. Powiedziałem: geniusz! — i nie cofam tego. Świadomość swego „ja“ nie jest zarozumiałością. A dalej... bacz! — siedziałem w Bastylji — a teraz tu siedzę z tobą, jako pensjonarjusz szkatuły... królewskiej...“
„Pani Pompadour!“ zauważył Diderot.