Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


,charakterem‘ — ale kompanja pełnych powagi tyranów jest, niestety, nieprzekupna i nie poddaje się żadnym pokusom. Dla niej goła prosta linja zowie się ideą. Jeżeli władza republikańska jest niesprawiedliwa, to dławi życie surowiej, niż monarsza, która zna prawo łaski, kaprys, który może być nocy wczorajszej klątwą, nazajutrz rano — przebaczeniem.
„Skoro mam nad sobą jednego despotę, to mogę przy jego przejściu przycisnąć się do ściany, rzucić mu się do nóg, bić łbem o ziemię, słowem, postąpić według zwyczajów kraju; jeżeli mam nad sobą setkę despotów, to musiałbym powtarzać tę ceremonję sto razy, co jest ostatecznie nudne i żmudne, zwłaszcza jeżeli mam plecy nie dość giętki. Jednemu potrafię zawsze wymknąć się protestem, który podzielą inni niezadowoleni; samozadowolona masa zetrze mnie, jednostkę, na proszek. Króla mogę urobić, jeżeli posiadam zręczność, a on odrobinę smaku, który przez wychowanie jest cnotą królów. Morze zbiorowego chamstwa pochłonie mnie z kretesem... Tyle o tyranji! Jeżeli stworzymy kiedyś marzoną przez ciebie Encyklopedję, pozwolisz mi, że napiszę to na literę ,T‘, choć mam zamiar poprosić ciebie, abyś mi dał całą literę ,A‘. Zrobię ją!...“
„Jestem tego pewny, Wolterze!“
„Tak wolno ci przeszkadzać!“ uśmiechnął się poeta-filozof. Podniósł głowę — koścista jego twarz wydała się rzeźbiona w drzewie ław starodawnej świątyni — patrzył w osnutą pajęczynami brudną powałę z desek, namyślał się długo — i mówił dalej.
Latude za ścianą przywarł oczyma do wyłupanego w swoim czasie pod samym sufitem otworu i przysłuchiwał się tej pełnej maestrji, przedziwnie płynnej