Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/111

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


z żywością żonglera, to przy nacisku na jakiś frazes w pijały się w boki spłowiałego obicia.
„Przedewszystkiem, miły Djonizjuszu (nazwał Diderota na ten raz pieszczotliwie po imieniu), który nosisz na nieszczęście imię srogiego tyrana Syrakuzy i nie na szczęście imię apostoła Gallów, skazanego na śmierć męczeńską — pozwól na krótki wstęp teoretyczny: „Tyranem jest monarcha, który nie zna innej woli, prócz swojej własnej. Właściwie takich tyranów niema już w Europie. Wola Ludwika XV., panującego nam miłościwie jest... niczem.“
„Jest wola pani Pompadour, po której zostanie potomstwu trochę artystycznych śmieci, drogocennych kamyków, budzących podziw smakosza i piękny portret tej pani pędzla Van Loo — poza tem... garść popiołu!“ wtrącił energicznie Diderot.
„Djonizy! Nie jestem pedantem,“ rzekł z lekką ostrością w głosie Wolter. „Ale nie lubię, aby mi przerywano. Causerie z krótkich frazesów jest miłą igraszką salonów. Powaga... oberży na skrzyżowaniu dróg nakazuje długość mów parlamentarnych, jeżeli... nie mamy rozjechać się na zawsze w różne strony... w życiu, nie przekonawszy się wzajem...
„Otóż idę dalej... Pod jaką tyranją wolałbym żyć?... Oczywiście pod żadną. Ale ponad despotyzm wielu zawsze wybiorę despotyzm jednego. Despota miewa momenty dobrego humoru — biór despotów nie posiada ich nigdy. Jeżeli tyran postąpi ze mną niesprawiedliwie, mogę wytrącić mu broń przez jego... uczciwszego spowiednika, nawet przez pazia, zawsze przez miłośnicę, która posiada intuicję kobiecą, wartościowszą od tępoty męskiej, zwanej