Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pewnego niemrawego mruka, którego mi nieco przypominasz. Nazywa się... o ile pamiętam — Rousseau. Podobno pisze rozprawę na konkurs, w której dowodzi zepsucia natury ludzkiej przez cywilizację. Błazen!... Po kątach szerzy jakieś teorje polityczne... wizje obłąkańca, warte akurat tego systemu pisania nut, który stara się daremnie sprzedać, gdyż stary system jest stokroć mędrszy. Kluje się w nim choroba umysłowa, która w sprzyjających warunkach może się stać gorączką wścieklizny ludowej. Dowodzi naprzykład, że ,naród trzeba zmusić do wolności‘. Piękna wolność!“
„Ja tego nie powiedziałem. Napisałem przecie kiedyś: ,Król nie jest ojcem, ani synem, ani bratem, ani krewnym, ani przyjacielem. Kim jest? Król — zawsze król. Nawet kiedy śpi!“
„Więc schlebiasz także!“
„Konstatuję tylko fakt istnienia królów śpiących, jak nasz Ludwiczek ,Bien-aimé‘.“
„Na egzemplarzu twego szóstego tomu ,Uniwersalnego Dykcjonarza medycyny‘, który mi nadesłałeś, znalazłem notatkę, napisaną twoją ręką... Przewyższasz nieostrożnością mnie, młody przyjacielu!... Notatka brzmi: ,Czem jest król? Gdyby kapłan śmiał odpowiedzieć, rzekłby: to liktor!‘ Liktor nosił, ,fasces‘ — rózgi! Więc rzekłeś: ,Król-kat‘. Jakże jesteś śmieszny! Ludwik XV. — katem?! Zabawne!“
„Działa przez panią Pompadour!“
„Cóż masz przeciw pani Pompadour?!“
„Co mam?!“ Diderot porwał się od stołu.
Jął biegać po obszernej izbie — rozmachiwał rękoma, niby skrzydłami wiatrak, nieomal krzyczał: