Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Co mam przeciw niej?... Mam przeciw niej jej cynizm, który uczynił z Króla malowankę na tronie, miast oświeconego władcy, na którego zgodziłbym się z tobą, miłościwy mistrzu! Mam przeciw niej jej szastanie ludźmi i pieniędzmi, które doprowadzi Francję do ruiny i stworzy wulkan ludowy, który prędzej, niż sądzisz, Wolterze, ognistą lawą buntu zniszczy kraj — wywoła powódź krwi! Mam przeciw niej brud jej gniazda rodzinnego, który oprawiono w ramę złota, jak święty obraz! Mam przeciw niej jej nepotyzm — podłość, której się już nikt nie wstydzi.“
„Bezwstyd jest nieśmiertelnością w historji!“ przerwał Wolter.
Diderot nie słuchał. Zaperzony krzyczał dalej. Latude na swojem stanowisku drżał wzruszony, oczarowany potęgą tej wymowy, szczerością tego wybuchu, wypowiadaniem myśli, które kryły się lękliwie pod ziemią, tu — w tej izbie szynkownej — brzmiały, jak gromy.
„Mam przeciw niej to, że jej papa, pan Poisson, człowiek skazany na szubienicę, obrasta w piórka, karmi się potem ludzi, zmienionym w złoto, puszy się, jest panem de Marigny z woli córeczki, sytą pijawką, jak ona sama. Ordynarny tłuścioch rozpiera się na pokojach Wersalu, niby krewniak królewski! Słyszałem z pewnych źródeł, że ten exwisielec otrzymał dobra Marigny i 8000 liwrów renty, rzekomą rekompensatę za rzekome błędy justycji! Król podpisał kupno dóbr, wartości 90.000 liwrów, dla tego pana, który bodaj tyleż ukradł, a wziął jako dług... Tak pani Pompadour przywraca honor złodziejom ze swojej krwi dla zasypania ludziom oczu prochem