Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/106

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Nie jest prywatą popieranie geniuszu Francji... w nas, którzy bez słońca łaski dworu zapadlibyśmy się w bagno ludowej ciemnoty!“
„To trzeba, aby ten lud się podniósł — stał się narodem i prawowitym rozdawcą nagród dla swoich filozofów,“ wykrzyknął Diderot, uderzając pięścią w stół.
„Oho!“ gwizdnął złośliwie Wolter, „na tej drodze znajdziesz tamę: spotkasz obłudnego klechę, którego cudowne bajki prędzej trafią do prostactwa, niż twoja zawiła wiedza, — spotkasz agitatora, którego pochlebczy symplicyzm rozżegnie lud łacniej, niż twoja uczciwa filozofja. Nie! nie chcę zależeć od Jego Królewskiej Mości — cuchnącego Majestatu Ludu!“
„Więc pochlebiać królom?!“
„Choćby... można to czynić z ironją, na której oni sami się poznają i grzecznie uczestniczą w komedji dla dobra ludu!“
„Nienawidzisz ludu!“
„Diderot! pleciesz głupstwa,“ rzekł z nagłą surowością w głosie Wolter. „Ocalam go przed ciemnotą — walczę z potworem, który go pożera. Ale nie jada się ziaren, tkwiących pod mierzwą gleby. Trzeba je wypielęgnować w słońcu oświaty, płynącej ze szczytów społecznych.“
„Które depcą ziarna, jako znieprawiają je fanatycy przesądnej wiary!“
„Z przesądami walczę — wyzysk potępiam... Ale żądam kierownictwa, powolnego podnoszenia nizin. Wulkan niszczy, nie tworzy.“
„Burza oczyszcza powietrze, mości Wolterze!“
„Albo przynosi nowe zarazki dżumy!... Sądziłem, że jesteś mędrszy, Diderot. Pokazywano mi w Paryżu