Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Mówisz zbyt szumnie, Diderot. Pozwól, że ci zacytuję mój madrygał dla markizy... w duchu odmiennym. A ty zjedz coś tymczasem, bo zapominasz o zakąskach.“
Ale Diderot odsunął talerz. Nie był w stanie jeść. Wytrzeszczył przerażone oczy, gdy Wolter, zapijając grzane wino, powoli recytował mu swój wiersz.

O, markizo Pompadour!
Ty masz talent podbijania serc,
Brania czarem wrogich Tobie twierdz...
Ty upiększasz miłość, Parnas, dwór!
„Radość wszystkich, skarb Jednego“ — rzeki powszechny głos...
Gdybyż wiecznym mógł być taki piękny los!

„Wolterze! Wolterze! Jeżeli to jest polityka, to nienawidzę jej. Przecież to fałsz!... Ty sam mógłbyś napisać coś innego...“
„I może napiszę — w innej chwili, gdy inaczej podyktuje mi namiętność, ale to, co wówczas napiszę, będzie tak samo prawdą, jak to, co wyrecytowałem teraz.“
„Nie znam się na sprzecznościach!“
„Nie znasz się na życiu!“
„Dlaczego jej dałeś ten wiersz, Wolterze?“
„Zagrzązłeś w fizyce i w medycynie, drogi Diderot, i już nie wiesz, co się dzieje na świecie. Dałem jej to, tak samo, jak poświęciłem jej ,Tankreda‘ — dałem przez wdzięczność, że przywróciła mi łaski dworu, nagrodziła pensją, jako historjografa Francji, dała stopień szambelański i otworzyła mi wrota Akademji Francuskiej.“
„Zatem prywata!“