Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


siedzieć w Bastylji rok cały za swoje „Listy o ślepcach“.
Przez chwilę milczeli. Wolter ozwał się pierwszy:
„W każdym razie dam ci dobrą radę, Diderot. Wiesz, skąd jadę?“
„Oczywiście z Paryża?“
„Oczywiście.“
„Cóż tam słychać?“
„Pompadour wygryzła swojego najniebezpieczniejszego wroga — Maurepas!“
„A! wygryzła... Ona wygryzie wszystkich. Słyszałem, że mówiła do Maurepas, zdającego raporty królowi: ,Teraz odejdź pan już, panie Maurepas. Pańska obecność wywołuje u króla żółtą cerę. Dobranoc, panie Maurepas!‘ I król zląkł się, widać, żółtej cery... Ha! ha! ha!... wygryzła.“
„No, chyba tego nie żałujesz... To była nicość, na której poznała się najpierw Pompadour. Jest teraz wszechwładna...“
„To okropne!“
„Nie okropne, bo właśnie chcę ci doradzić, abyś się do niej zwrócił o protekcję.“
„Nigdy!“
„Czemu nigdy?“
„Wolterze, pytasz jeszcze?!“
„Pytam, bo nie rozumiem...“
„Ty, mistrzu, który rozumiesz wszystko, tego nie rozumiesz.“
„Właśnie dlatego, że wszystko rozumiem, nie mogę tego zrozumieć. Zawiozłem dziś madrygał pani Pompadour.“
„Madrygał... jej?! Nałożnicy króla i pijawce Francji!“