Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/103

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Nie! Przyszłość jest zawsze, bo będzie!“ zawołał płomiennie Diderot.
„Dla was, młodych... My, starzejący się, żyjemy w przeszłości,“ rzekł smutnie Wolter. Ot, jadę rozerwać się nieco... kędy oczy poniosą... Może w Genewie... rozmyślając w drodze o świeżo zmarłej pani de Chatelet. Wiesz o tem?“
„Wiem...“
„No, to nie mówmy o tem. Ranę świeżą koi tylko milczenie. A ty dokąd, Diderot?“
„Zawezwano mnie do kancelarji szefa policji. Mam się wytłómaczyć z powodu mojej Londyńskiej książki. To może pachnąć Bastylją.“
„I dlatego śpieszysz ekstra-pocztą?“
„Ba! Niebezpieczeństwu wolę rychlej spojrzeć w ślepia. Tak radził mi stryj, człowiek doświadczony, u którego bawiłem na wsi.“
„Doświadczenie ma wartość tylko u ludzi mądrych. Lękam się, że twój stryj jest głupi, że nie doradził ci wyjazdu do Szwajcarji.“
„Mniejsza o to! Jestem ciekaw Bastylji, którą pan poznałeś, Wolterze.“
„Ta znajomość nie jest ponętna i dłuży się czasem tylko za wolą jednej strony.“
„Ba! zobaczę... zresztą na podróż do Szwajcarji nie mam. Stać mnie tylko na ekstrapocztę do... Bastylji. Tam znajdę darmowe mieszkanie!“ śmiał się młodzieniec.
„Lekkomyślność czasem jest proroczą,“ rzekł Wolter z powagą.
Obaj igrali myślą. Pewnikiem było to, że Diderot miał po przybyciu do Paryża być zaaresztowany i prze-