Strona:Leo Belmont - Markiza Pompadour miłośnica królewska.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.



Rozdział XV.
Podsłuchana rozmowa.

Latude wytężył oczy i uszy, zająwszy miejsce na krześle, postawionem na stole przy szparze, otwierającej widok rozległy z góry na izbę zajezdną, w której znalazły się o tej porze tylko dwie osoby — na skutek spotkania się ekstra-poczty z prywatnym faetonem. Subtelnej, chudej twarzy Woltera, liczącego naówczas lat blisko 55, jak i energicznej, ale bladej i mizernej, z roziskrzonemi oczyma twarzy młodszego o lat dwadzieścia Diderota — nie mógł Latude wyraźnie postrzegać w ubogiem świetle izby gościnnej, zwłaszcza, że obaj interlokutorzy pochylili się ku sobie głowami nad rychło zastawionym stołem: Diderot, odwrócony doń tyłem, Wolter z pobródkiem opartym na ręce, lub przesłaniający twarz żywą gestykulacją palców. Wolter, starszy, miał poufały ton mistrza pobłażliwie zwracającego się do kochanego ucznia, Diderot — mimo czci dla wielkości nauczyciela, posiadał wybuchowe tony wyzwolenia genialnej młodości z pod ciężącego autorytetu.
„Dokąd wybierasz się, m istrzu?“ spytał młodszy. „Bo wspominając przeszłość, zapomnieliśmy o teraźniejszości, jakby hołdując tej myśli, że teraźniejszości wcale niema, gdyż ciągle ucieka w przeszłość.
„A Przeszłości niema, bo już uciekła!“ uśmiechnął się Wolter. „I przyszłości niema, bo jeszcze nie nadeszła.“