Strona:Leo Belmont - Kukuryku czy kikeriki.djvu/13

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   9   —

nowych macierzyńskich uczuć zniewalał ją do ogłoszenia światu o swoim tryumfie — i na krzyk jej przybiegał natychmiast szczęśliwy kogut-ojciec, obejmował towarzyszkę życia spojrzeniem pełnem miłości i, zda się, przyrzekał niem wyraźnie, że natychmiast zajmie się budową nowego gniazda dla oblubienicy swojej i jej przyszłych.
Tak szczęśliwie pędziły dni swoje Kury, rozmnażając się, mimo niecne intrygi i zuchwałe napady dwunogich i czworonogich nieprzyjaciół, będących wprawdzie przyczyną wielu trosk dla kwok i kogutów, oraz wielu prywatnych nieszczęść, nie mogących jednak zamącić ogólnego biegu społecznego Kurów żywota. Przeciwnie, wrogie napady i spiski dostarczyły już niejeden dzień święta Kurom, czy na pamiątkę oślepienia lisa, lub kuny dzielnemi koguciemi dziobami, czy na pamięć tryumfalnej ucieczki całej kurzej gromady w bezpieczną gęstwinę alwang-alwangu, śród splątanych łodyg którego nie mogło ich dojrzeć nawet ostre sępie oko.
Rozmnażały się i żyły spokojnie dzięki niegasnącemu rycerskiemu duchowi mężów, a rodzinnym cnotom niewiast i były pełne uwielbienia i wdzięczności dla otaczającej przyrody Co ranka też, ledwie krążek słońca zarysował się kędyś na dalekim horyzoncie, a niebo, zrzuciwszy ciemną szatę nocy, rozwidniło się szarym brzaskiem, budziły się wszystkie stare i dojrzałe wiekiem koguty, podnosiły głowy do góry i uroczysty hymn narodowy rozbrzmiewał naraz śród ciszy, wstrząsając sennemi gałęźmi drzew i śpiącemi trawami i nawołując do pracy w poblizkich siołach jeszcze drzemiącego