Strona:Leo Belmont - Kukuryku czy kikeriki.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   8   —

dłego przed dziesięćkroć silniejszym skrzydlatym napastnikiem, zlatującym niespodzianie z pod obłoków. Młode koguty rozwijały skrzydła i wskakiwały na gałęzie drzew, aby olśnić i ująć serca młodych kurcząt swoim bogatem strojem i zręcznością ruchów swoich. Bardziej rycerskie okazy urządzały świetne turnieje, nacierały na siebie zwinnie, skakały ku sobie z pierścieniami najeżonych piór na żółtych szyjach, z rozwartemi czarnemi dziobami, gotowemi, zda się, do uderzeń!
Odbywały się te walki z prawdziwym wdziękiem, z wielką rycerską układnością i były raczej popisami siły i sztuki bojowej, aniżeli bratobójczą rzezią. Młode kurczęta, lubiące tego rodzaju popisy kawalerskich kogutów, zbiegały się patrzeć na to ucieszne widowisko, na migające przed oczyma rycerskie ostrogi, czerwone hełmy, wspaniałe o łukowatych piórach ogony — i wyrażały swój podziw dla zwycięzcy czułem gdakaniem. Starsze samice chodziły w otoczeniu swoich małych, starannie wyszukiwały pożywienia dla nich, przywoływały niedoświadczone kurczę do nieuważnie pominiętego przez nie na drodze robaczka, posiadającego pożywne własności, uczyły je, jak jada się, nie pozostawiając nic na ziemi, i radowały się widokiem wzrastających w tuszę i w wiedzę pojętnych maleństw. A tu i owdzie pod cieniem bambusu zasiadywała jakaś nadobna o pełnych kształtach kwoka, a zniósłszy jajko, nie mogła powstrzymać radosnego okrzyku, choć zwyczajem niewiast w narodzie kurów stale zachowywała skromne milczenie, albo tylko cicho, niemal szeptem gdakała, lecz potężny przypływ