Strona:Leo Belmont - Królewska miłośnica.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lji — przyjechał wczesnym rankiem do Luciennes książę de Brissac, dziwnie podniecony. Oczy błyszczały mu weselem. Na twarzy wykwitły rumieńce.
— Co się stało? — spytała pani Dubarry.
— A to, że przyjechałem panią porwać... do Paryża. Powóz mój czeka. Jedziemy!
— Toć książę wie, że... wyrzekłam się Paryża dla Luciennes.
— Dziś musi pani tam być...
— Dziś, kiedy tłum święci swoje zwycięstwo nad monarchją?
— Nie!... dziś, kiedy brata się cały naród francuski pod przewodem króla!
— Nic nie rozumiem!
— Niepotrzeba rozumieć... Trzeba czuć!... Król pogodził się z narodem. Więc powiedziałem sobie: „stary ośle! pocóż dręczyć się będziesz, ścigając m ary przeszłości i dąsając się na swój czas, który chyżo biegnie naprzód. Król pogodził się z narodem — zatem i ty, sługa Monarchy, winieneś być z królem i narodem!“ Oto, co powiedziałem sobie i zapragnąłem ten dzień świąteczny spędzić z panią. Warunki zmieniły się — stare zakazy upadły — bramy Paryża stoją znów otworem dla Ciebie.
— Czy książę nie łudzi się? Wszakże tam nas nienawidzą!
— Nienawiść prysła!... Czy uwierzy pani, że widziałem na własne oczy księżne, pracujące na polu Marsowem razem z wyrobnikami, celem przygotowania tej imponującej uroczystości?...