Strona:Leo Belmont - A gdy zawieszono „Wolne Słowo”.djvu/65

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   63   —

Stanąłem przerażony wobec takiego wyniku naukowych zaciekań się w przyszłość. Po głębokim jednak namyśle doznałem ulgi. Uznawać dysolucję w życiu warszawiaka za fakt stanowczy nie było zasady. To tłoczenie się mnóstwa ludzi na wąziutkiej przestrzeni było przecie integracją materyi, było koncentracją istoty cielesnej warszawian w najwyższym stopniu. Całkowanie było tak dokładne, że odstępy pomiędzy ludzkiemi nogami i łokciami było zniesione. Ruch uległ także rozproszeniu. Ludzie, siedzący przy stolikach, me mogli się ruszać. Kelnerzy, wołani kilkakrotnie, nie ruszali się z miejsca i nie było sposobu dowołać się ich. W przejściu do olbrzymiej spójności ujawniał się fakt ewolucyi według formułki Spencera. Mogłem się tedy poniekąd uspokoić...
Ale zagadka nie była jeszcze rozstrzygnięta. Myśl, puszczona w ruch, trafiła na nowe niebezpieczeństwa. Jeżeli owo skupienie warszawskich spacerowiczów jest istotnie ewolucją, to wymagalnym było połączenie się integracyi „materyi warszawskiej“ z innemi jeszcze warunkami. Przedewszystkiem zwiększenie się różnorodności. Następnie wzrost określoności.
Tymczasem całe to towarzystwo zdawało się być ulepionym z jednej gliny według jednego fasonu i zachowywało się jednakowo: żadnej różnorodności! Następnie, niepodobna było określić, jaką ma ono przyjemność z tego siedzenia na miejscu w tłoku i hałasie przez kilka godzin z rzędu: żadnej określoności!
Formułka Spencerowska pękała. Stawało