Strona:Leo Belmont - A gdy zawieszono „Wolne Słowo”.djvu/58

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
—   56   —

sła żyda z prastarej stolicy Polski, dowiodą tam w Dumie przed obliczem Rosji, że są przedstawicielami plemienia pokojowego, niezaborczego, dbałego tylko o swoje i szanującego historyczne praw a autochtonów, że nie myślą o majoryzacji sztucznej pozbawionych głosu rzesz chrześcjańskich, że nie są wyzyskiwaczami, że godni są otwarcia strefy osiadłości, którą im podejrzliwość rosyjska zamknęła.
Niech nie mówią, że w sumieniu swojem zważyli wszystkie skutki, które ich postawa może wywołać w życiu społecznem dla ich współwyznawców, niech nie mówią, że nie rzucili dla dźwięku słowa „równouprawnienie“, dla błędnego ognika praw politycznych, którego na bagnie reakcji nie złowią nigdy — to wszystko, co w życiu żydów we wszystkich krajach było nieodzownym warunkiem zgody społecznej, było podstawą do zdobycia praw politycznych i do możliwości istotnego z nich korzystania.
Otóż żydzi mogą głosować na żyda, stojącego w sprzeczności z interesami polskimi, ze społeczeństwem rdzennem, z tradycją polską, z przyszłością polską, — mogą hazardować się i narażać byt swoich współwyznawców dla majaków wolności politycznej, na którą zarobić nie chcą rozpowiciem się ze stokroć surowszych kajdan teokratycznej niewoli wewnętrznej — o ile nie chcą słuchać nakazów rozumu praktycznego i głosu etyki, z której jako spadkobiercy proroków są tak dumni, tej etyki, na którą nie wahają się powoływać w chwili, gdy gwałt im zadają.
Jeżeli jednak głos rozumu nie zamarł