Strona:Lafcadio Hearn - Czerwony ślub i inne opowiadania.djvu/26

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Poświęcony amulet ochronił cię — ale też dlatego pękł. Idź zaraz do kannuszi i powiedz mu — da ci natychmiast inny.
Ponieważ oboje byli bardzo nieszczęśliwi, a nigdy nikomu nic złego nie zrobili, zaczęli filozofować nad sprawiedliwością świata.
Taro mówił:
— Być może żeśmy się nienawidzili w przeszłem życiu. Być może ja nie byłem dobry dla ciebie lub też ty nie byłaś dobrą dla mnie. A oto nasza kara. Tak mówią kapłani.
O-Joszi odpowiadała jakby z cieniem swej dawnej żartobliwości:
— Zatem ja byłam wówczas mężczyzną a ty byłeś kobietą. Ja cię bardzo, bardzo kochałam, ale ty byłeś dla mnie bardzo niedobra. Doskonale sobie wszystko przypominam.
— Nie jesteś Bozacu — odpowiedział Taro, uśmiechając się wbrew swemu zmartwieniu — dlatego nic nie możesz pamiętać. Tylko w dziesięciu pierwszych stanach Bozacu możemy zacząć przypominać sobie.
— Skąd wiesz, że ja nie jestem Bozacu?
— Jesteś kobietą, a kobieta nie może być Bozacu.
— A czy Kwan-dze-on Bozacu nie jest kobietą?
— To prawda. Ale Bozacu nie może kochać nic, prócz Kijo.
— A czyż Szaka[1] nie miał żony i syna? Czyż ich nie kochał?
— I owszem. Ale wiesz, że musiał rodzinę opuścić.

— I to było bardzo nieładnie, choćby nawet zrobił to Szaka. Ale ja w te historje nie wierzę.

  1. Budda. Przyp. tłum.