Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/54

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


patrz na mnie, cokolwiek ona będzie mówiła, bo nie zdołam zachować powagi.
Gazety rozciągały się również wzdłuż przedsionka i w idealnie czystej bawialni. Dziewczęta usiadły na brzeżku najbliższych krzeseł i wyłożyły cel odwiedzin.
Pani White słuchała uprzejmie. Przerwała im dwukrotnie: raz, by wygnać natrętną muchę, po raz drugi, by podnieść źdźbło trawy, które spadło z sukni Ani na dywan. Ania poczuła się strasznie winną wobec gospodyni. Ta jednakże zapisała się na dwa dolary i wpłaciła je natychmiast — aby uniknąć naszych powtórnych odwiedzin — zauważyła Diana, wychodząc.
Nie zdążyły jeszcze odwiązać konia, a pani White pozbierała już gazety; gdy zaś wyjeżdżały z podwórza, widziały, jak zapalczywie wymachiwała szczotką od zamiatania.
— Pani White ma opinję najlepszej z gospodyń i okazuje się, że zasłużoną — mówiła Diana, wybuchając śmiechem, gdy się znalazły na drodze.
— Cieszę się bardzo, że nie ma dzieci — wygłosiła Ania uroczyście — cóż to byłoby za nieszczęście wychowywać się w takim domu!
Odtąd kwesta szła mniej pomyślnie. U Spencerów pani domu sprawiła dziewczętom dużą przykrość, opowiadając złośliwe plotki o wszystkich niemal mieszkańcach Avonlea. Pan Boulter odmówił kategorycznie, gdyż kiedy przed dwudziestu laty budowano Dom Ludowy, nie usłuchano jego rady w sprawie wyboru miejsca. Pani Bell — uosobienie zdrowia — po półgodzinnem wyliczaniu wszystkich swych bólów i dolegliwości, smętnie ofiarowała pięćdziesiąt centów, bo w przyszłym roku nie będzie jej już tutaj, o nie — będzie spoczywała w grobie.
Najgorszego przyjęcia doznały jednakże u Szymona Fletchera. Wjeżdżając w podwórze, dostrzegły dwie pary