Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/53

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


jęcie dla mężczyzny! Słyszałam nieraz o mężach „pod pantoflem“, i oto miałam taki typ przed sobą. Cisnęły mi się na usta wyrazy: „Panie Blaire! Jeśli nam pan da składkę na Dom Ludowy, przygotuję ciasto!“ Zorjentowałam się jednak odrazu, że nie po sąsiedzku byłoby wyzyskiwać kłopoty bliźniego, i, nie stawiając żadnych warunków, ofiarowałam się go zastąpić. Prawie że podskoczył z radości. Opowiadał, że za kawalerskich czasów sam wypiekał chleb dla siebie, ale wątpi, czy podoła ciastu, więc boi się gniewu żony. Przyniósł mi fartuch, Diana biła pianę, a ja rozcierałam żółtka. Pan Blaire kręcił się, jak mucha w ukropie, znosząc nam wszystkie produkty. Zapomniał przytem o fartuchu, który powiewał za nim, jak wielkie skrzydła. Diana w ukryciu dusiła się od śmiechu. Zwierzył nam się, że często pomaga piec ciasto. Przy pożegnaniu poprosił o listę składek i zapisał się na cztery dolary! Zostałyśmy więc wynagrodzone, ale nawet gdyby nie dał ani grosza, czułabym się zadowolona, że spełniłam prawdziwie chrześcijański uczynek.
Następnem miejscem postoju był dom Teodora White‘a. Ania i Diana nie były tam nigdy dotąd, a panią Teodorową, która nie słynęła z gościnności, znały tylko z widzenia. Czy należało iść frontem, czy kuchnią? Podczas gdy naradzały się szeptem, we drzwiach frontowych ukazała się pani domu z paczką gazet w ręce. Układała je uważnie jedną za drugą na schodkach i na podłodze ganku, a następnie wzdłuż dróżki, aż do samych stóp osłupiałych gości.
— Zechciejcie, proszę, wytrzeć trzewiki o murawę i iść po papierze — prosiła z niepokojem w głosie. — Tylko co zrobiłam gruntowne porządki i lękam się zabłocenia podłóg. Dróżka jest bardzo błotnista po wczorajszym deszczu.
— Nie waż się roześmiać! — szepnęła Ania, maszerując po rozłożonych gazetach. — I, błagam cię, Diano, nie