Strona:L. M. Montgomery - Ania z Avonlea.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


lepiej. Pomyśl, jaka w nim zaszła zmiana od czasu, gdy tu przybył.
— Oczywiście, nie psoci tyle, odkąd uczęszcza do szkoły — przyznała Maryla. — Nie rozumiem, dlaczego już od maja nie mamy żadnych wiadomości od Ryszarda Keitha.
— Ja bo lękam się jego listu — westchnęła Ania, sprzątając ze stołu. — Oby tylko nie zażądał odesłania bliźniąt.
A jednak w miesiąc potem list nadszedł. Pisał go nie Ryszard Keith, lecz przyjaciel jego, donosząc, iż Ryszard Keith umarł na suchoty. Piszący był jednocześnie wykonawcą testamentu, w którym zmarły zapisywał dwa tysiące dolarów Tadeuszowi i Teodorze Keith. Procenty od tej sumy, do czasu dojścia dzieci do pełnoletności, miała otrzymywać panna Cutbert na koszta ich wychowania.
— Strasznem się wydaje cieszyć się czemś, co ma związek ze śmiercią — mówiła Ania poważnie. — Żal mi biednego pana Keitha, lecz rada jestem, że dzieci u nas zostają.
— Bardzo zadowolona jestem z tych pieniędzy — rozważała Maryla. — I ja pragnęłam zatrzymać dzieci, ale doprawdy nie wiedziałam, czy uda mi się związać koniec z końcem. Dochody z farmy zaledwie wystarczają na utrzymanie domu, a postanowiłam nie naruszać ani grosza z twojego kapitału. Ty i tak zbyt wiele poświęcasz dla nich. Ten nowy kapelusz, który kupiłaś Toli, jest jej akurat tak potrzebny, jak kotowi drugi ogon. Teraz mam chociaż spokojną głowę — dzieci są zabezpieczone.
Tola i Tadzio byli zachwyceni wiadomością, iż pozostaną na Zielonem Wzgórzu „na zawsze“. Śmierć wuja, którego nie znały, nie mogła przyćmić ich radości. Tola miała jedną tylko wątpliwość.
— Czy wuj Ryszard jest pochowany? — zapytała szeptem Anię.
— Tak, dziecino, oczywiście.