Strona:L. M. Montgomery - Ania na uniwersytecie.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.

czasu do czasu. Są w sąsiedztwie, w naszej wsi, trzej wdowcy, którzy przez długi czas przepadali za mną. Nie myślcie, moje dzieci, że romantyzm całego świata tylko do was należy.
— Nie wiem czy ci wdowcy są znowu tak bardzo romantyczni, cioteczko.
— Oczywiście, ale i wy nie zawsze jesteście romantyczne. Niektórzy moi konkurenci byli raczej bardzo zabawni, to też wyśmiewałam okropnie tych biedaków. Jednym z nich był Józef Elwood, który zdawał się być pogrążony stale w półśnie i nie zdawał sobie sprawy, z tego co się wokoło niego działo. Nawet odprawę moją zrozumiał dopiero po roku. W kilka lat później, po ożenieniu się, wracając w zimie z kościoła, zgubił z sań swoją żonę i wcale tego nie zauważył. Potem był Daniel Winston. Ten znów był nieco zamądry. Twierdził, że orjentuje się nawet w tem, co się dzieje w życiu pozagrobowem. Potrafiłby odpowiedzieć na pytanie, kiedy nastąpi dzień Sądu Ostatecznego. Prawdziwie podobał mi się Marjan Edward, ale nie zostałam jego żoną. Miał niezwykle przytępiony umysł i znaczenie każdego dowcipu rozumiał dopiero po tygodniu, pozatem specjalnie się o mnie nie starał. Najciekawszy z konkurentów był Horacy Reeve, ale gdy opowiadał jakąś historję, to tak ją przeplatał kwiecistemi słowami, że wreszcie trudno się było dopatrzeć jakiejkolwiek treści. Przez długie lata nie mogłam się domyśleć, czy wspomina własne przeżycia, czy też to wszystko jest tylko wytworem jego bujnej wyobraźni.
— A co z innymi, cioteczko?